Nigdzie nie jest tak jak tu


Działania związane z realizacją naszego projektu rozpoczęliśmy na początku lipca. Ustaliliśmy termin spotkania organizacyjnego, zaprojektowaliśmy plakat, który rozwieszony został na słupach ogłoszeniowych w naszym mieście, rozpowszechniliśmy też informację poprzez lokalną prasę. No i wszystko zaczęło się kręcić 20 lipca o godzinie 17:00, czyli prędzej niż myśleliśmy wstępnie! Dzięki temu spotkaniu powiększyła się nasza grupa - dołączyła do nas studentka pierwszego roku pedagogiki, 5 osób niepełnosprawnych z chodzieskiego Warsztatu Terapii Zajęciowej, parę osób pełnosprawnych i niepłnosprawnych (niebędących uczestnikami WTZ) z Chodzieży, a także chłopak, który na spotkanie przyszedł jako przedstawiciel lokalnej prasy. A prawdę mówiąc, trochę mieliśmy obaw przed tym pierwszym spotkaniem – zastanawialiśmy się czy ktokolwiek przyjdzie… Okazało się jednak, że nie wszyscy wyjechali na wakacje...

 

Kolejny etap, czyli warsztat fotograficzny odbył się bez problemów. Pomagający nam instruktor, Wojtek, zapoznał wszystkich z udostępnianym do projektu swoim aparatem fotograficznym, pokazywał jak kadrować obraz, żeby np. fotografowane przez nas domy nie miały uciętych dachów… Dzięki temu, że dołączył do nas Łukasz z lokalnej prasy (o którym już wcześniej wspomniałam), mieliśmy dodatkowe źródło wiedzy na temat fotografowania oraz dodatkowy profesjonalny sprzęt (Łukasz ma „bzika” na punkcie fotografii – no i fajnie, że niektórzy mają bzika na jakimś punkcie!). Rozpoczęły się nasze wyjścia w plener… Wtedy też zaczęły się problemy… Lato w tym roku nie było zbyt słoneczne… Często zdarzało się, że musieliśmy przesuwać nasze sesje. Niekiedy musieliśmy przerywać je, chować sprzęt, żeby przeczekać w jakiejś bramie, czy pod drzewem. Śmiechu przy tym było dużo, no i przynajmniej poznawaliśmy się lepiej. Chodząc po naszym mieście i przyglądając się uliczkom, budynkom, czuliśmy się trochę jak odkrywcy, a trochę jak turyści. Przechodząc koło domu kolegi zostaliśmy uznani przez jego mamę - która widziała nas fotografujących okolicę - za turystów z Niemiec J. A my patrząc na domy, okna, okiennice, gzymsy itd. coraz to bardziej odkrywaliśmy detale naszego miasta.



Zdjęcia zdjęciami, ale nadszedł czas, gdy trzeba było kupić laptop, żeby móc zacząć je przeglądać. Wybór sprzętu komputerowego na rynku jest bardzo dużo… Ale na co tu się zdecydować, żeby był najlepszy, no i żeby zmieścić się w zaplanowanej przez nas w kosztorysie kwocie? Stanęło na tym, że kupiliśmy Toshibę (właśnie z niej korzystam J). W wyborze i w pertraktacjach dotyczących rabatu pomagał nasz instruktor, Wojtek (udało mu się zniżyć cenę o „stówkę”). Sprzęt okazał się dobry, no i przy pracy można sobie muzyczkę posłuchać. Bardzo dobra inwestycja - jeszcze nikt, kto na nim pracował, nie skarżył się.

Oprócz tego, kupiliśmy też niezbędny nam program Corel do obróbki zdjęć – był dość drogi, ale chcieliśmy mieć dobre i legalne narzędzie pracy. I tu nasz instruktor znowu wykazał się inwencją, bo załatwił współfinansowanie tego programu z dwóch projektów – Stowarzyszenie Na Górze realizuje drugi projekt w pobliskiej wsi Rzadkowo, który jest finansowany przez program „Rzeczpospolita Internetowa” i właśnie z tamtejszych pieniędzy można było dołożyć do porządnego Corela.

Nigdzie nie jest tak jak tuW międzyczasie skończyły się wakacje. Stwierdziliśmy, że fajnie by było zorganizować otwarte spotkanie (dla prasy i innych osób – mieszkańców miasta), na którym moglibyśmy zaprezentować to, co robimy i opowiedzieć, jakie są nasze dalsze plany działania. Przy okazji skontaktowaliśmy się z innymi grupami, które działają w Stowarzyszeniu Na Górze. Okazało się, że wszyscy są zainteresowani tym otwartym zebraniem – było ono bardzo potrzebne do promocji również pozostałych projektów realizowanych w stowarzyszeniu. Przygotowaliśmy prezentację multimedialną naszego projektu. Na spotkanie, które odbyło się w kameralnej atmosferze (przy kawce i świecach) przybyło około 30 osób. W spokoju mogliśmy porozmawiać, oglądając zdjęcia na dużym ekranie. Wszyscy byli zainteresowani tym, co robimy, a i my z ciekawością posłuchaliśmy wrażeń osób spoza naszej grupy. I „w ruch poszła” znowu mapa Chodzieży - padły pytania: „A byliście tam…?” „A sfotografowaliście to…?” I kolejne pomysły, i kolejne miejsca do odkrywania… Takie spotkania są niesamowite, zwłaszcza jeżeli chodzi o integrację! Byliśmy wówczas pewni, że ci wszyscy ludzie, którzy pojawili się na tamtym zebraniu, przyjdą również na naszą wystawę kończącą ten projekt… I tak tez było… Ale o tym za chwilę – teraz jesteśmy przy omawianiu etapu, gdy krystalizowały się pomysły na konkretne plakaty… Sypią się jak z rękawa, ale za który się najpierw zabrać…? W jaki sposób je zrobić – wywołując zdjęcia i dorysowując „na żywo“ różne elementy, czy też wykorzystać możliwości grafiki komputerowej…? Jak to często w życiu bywa, wyobrazić sobie coś, to jedna spawa, ale zrealizować to, to już zupełnie inna historia.

Zdecydowaliśmy, ze mamy już tak dużo zdjęć, że musimy się w końcu zdecydować na wywołanie części z nich i po prostu spróbowanie zrobienia z nich pierwszych plakatów. Bo przecież nawet jeśli nie coś nam nie wyjdzie, to przynajmniej będziemy wiedzieć na co nas stać, co umiemy, a czego trzeba się jeszcze nauczyć i poprawić lub od nowa zrobić – inaczej, być może prościej, po swojemu, nie zgrywając się na „profesjonalistów”, nie kombinując i nie „usztuczniając” zbyt dużo. Po wielu dyskusjach, segregacjach, decyzjach i zmianach decyzji (a to na domy ujęte z lewej strony, a to na te z prawej, na ulice pod górkę i z górki, na okna duże i małe…), wywołaliśmy pierwsze zdjęcia! Uff, wyszły całkiem nieźle. Zatem Piotrek zabrał się za swoja działkę, czyli rysowanie na podstawie tych wywołanych fotek, Michał za obróbkę komputerową fotografii nie wywołanych (z pomocą Danki), a reszta za kolaże robione sposobem tradycyjnym, czyli za ręczne składanie w jeden obraz zdjęć z różnych części naszego miasta i dorysowywanie do nich mniej i bardziej dziwnych elementów. Dzięki tej ostatniej metodzie powstał pierwszy obraz, pierwszy plakat: ulica złożona z kilku chodzieskich domów o „górskiej“ architekturze z dorysowanymi w tle… górami.
Potem były kolejne obrazy, również takie, z których nie powstały plakaty – np. nie zaakceptowaliśmy pomysłu z rozlaną plamą kolorowej farby, pokrywającej część czarno-białego rysunku naszego miasta, który w ten sposób miał nabierać kolorów… Pomysł nam się podobał, ale gdy go próbowaliśmy zrealizować, nie wyglądał już, naszym zdaniem, ciekawie. Być może brakowało nam umiejętności w grafice komputerowej, a może po prostu był to tylko ciekawie brzmiący pomysł, który niekoniecznie sprawdzał się w rzeczywistości. Może jeszcze kiedyś do niego wrócimy, by się przekonać…



Jedenaście prac, na które się zdecydowaliśmy, pojechało w elektronicznej wersji do Piły, do drukarni Agora, która miała nam pomóc w wyprodukowaniu ich (drukować je miała drukarnia Agora w Tychach, bo pilska nie dysponuje maszynami do takiego formatu). No i tu oczywiście musieliśmy nieco popracować nad naszym materiałem, dostosować go do technicznych wymogów drukarni – chodziło o rozmiary naszych zdjęć, otaczających je ramek itp. Dzięki pomocy i życzliwości pracowników Agory, udało nam się przygotować wszystkie plakaty do druku, po czym dostarczyliśmy dane do Tychów. Teraz mogliśmy już tylko czekać na przesłanie nam paczek z gotowymi plakatami.

Wreszcie przybyły (i tu znów pojawiła się życzliwość Agory, bo przewóz plakatów z Tychów do Chodzieży drukarnia wzięła na siebie). No i doświadczyliśmy pomieszania radości i rozczarowania… Kilka plakatów (na szczęście większa ich część) bardzo nam się podobała, wyglądała tak, jak sobie wymarzyliśmy. Jednak kilka nie do końca odpowiadało ich wcześniejszej wersji widzianej na ekranie komputera – były błędy w kolorystyce (szczególnie kolory plakatu z przystanią łódek nad jeziorem nie odpowiadały tym, które zaplanowaliśmy i które były na pierwotnym zdjęciu). No, ale na szczęście te nieścisłości były na tyle mało istotne dla ogólnego przesłania naszego projektu, że postanowiliśmy przejść nad nimi do porządku dziennego. Zatem przystąpiliśmy do przygotowywania wystawy, spotkania wieńczącego nasz projekt.



Jak już przekazaliśmy w sprawozdaniu częściowym, zrezygnowaliśmy z filmu dokumentującego naszą pracę na rzecz fotoreportażu wykonanego w formie pokazu multimedialnego. Szczerze mówiąc, film ten byłby zrobiony nie przez nas (musielibyśmy wynajmować operatora z kamerą), a poza tym byłby dość nudny (łażenie po mieście i wyszukiwanie obiektów do fotografowania zajmuje dużo czasu). Stwierdziliśmy, że fotoreportaż o wiele lepiej odda atmosferę naszej pracy, a poza tym chcieliśmy po prostu wykorzystać pojawienie się w naszym gronie Łukasza ze swoim aparatem oraz swoim bzikiem na punkcie fotografowania i robienia właśnie fotoreportaży. On był cały czas z nami, od początku - nie miało wiec sensu szukać kogoś spoza naszej grupy, by jedynie od czasu do czasu do nas przychodził i coś nakręcał. Fotoreportaż Łukasza jest prawdziwy, bo zrobiony „od wewnątrz”, pokazuje prawdziwy proces tworzenia. Poza tym, podczas multimedialnego pokazu na uroczystym zakończeniu projektu, mogliśmy na żywo opowiadać o tym, jak realizowaliśmy poszczególne zadania. Taki żywy kontakt z widownią był ciekawszy od podłożonego w filmie głosu lektora. Jako podkład do tego pokazu, a także całej imprezy zwieńczającej nasze działania, wykorzystaliśmy piosenkę zespołu Na Górze, od której tytułu (Nigdzie nie jest tak jak tu), wziął tytuł nasz projekt (w skład grupy muzycznej Na Górze wchodzą również osoby niepełnosprawne).

Spotkanie kończące projekt odbyło się 10 kwietnia. Promował je pierwszy plakat – zdjęcia Chodzieży, a na nich logo naszego stowarzyszenia (do tego plakatu była dołączona informacja o miejscu i czasie wystawy).

Od razu po wystawie zaczęliśmy uzgadniać z ośrodkami kultury w miejscowościach położonych w naszej (bliższej i dalszej) okolicy, kiedy i ile plakatów możemy dostarczyć, by zostały w nich wywieszone. Okazało się, że nie jest to takie łatwe… Było różnie. W niektórych ośrodkach nie było problemu z propagowaniem naszej pracy, z zaciekawieniem przyjmowano nasz pomysł (zresztą w niektórych domach kultury już czytano informacje, które wcześniej przesłaliśmy o naszym projekcie do prasy, więc rozmowa była tym łatwiejsza). Ale w niektórych miejscach, przede wszystkim w większych miastach – Pile i Poznaniu – nasza akcja była uzależniona od finansów (pierwszeństwo na tablicach i słupach ogłoszeniowych miały inne, opłacone plakaty informacyjne; dyskusyjne też było to, czy pracownicy zajmujący się plakatowaniem w ogóle wywieszą nasze plakaty, skoro nie jest to przez nas opłacane). Sami często nie wiemy, jak to wyglądało, czy też nadal wygląda (bo przecież nasza akcja cały czas trwa)…

Ostatnio nasze plakaty prezentowaliśmy (i rozdawaliśmy) na Targach Chodzieskiego Klubu Gospodarczego – pierwotnie podeszliśmy dość sceptycznie do pomysłu wystawienia na tej imprezie swego namiotu, ale okazało się, że prawie cały czas musieliśmy prowadzić rozmowy z indywidualnymi osobami oraz z przedstawicielami stowarzyszeń, placówek pedagogicznych, firm, które bardzo były zainteresowane tym, co robimy (nasłuchaliśmy się wielu pochwał za nasze plakaty); plakaty dzięki temu zostały przekazane do nowych miejsc - m.in. do okolicznych przedszkoli, szkół, poradni wychowawczo-zawodowych; jesteśmy też umówieni z właścicielką pobliskiego hotelu-restauracji, która chce zrobić u siebie wystawę).

Łącznie do tej pory plakaty trafiły do następujących miejscowości: Szamocin (a stąd do pobliskich wsi – podległych sołectw), Margonin, Wągrowiec, Budzyń, Gołańcz, Damasławek, Trzcianka, Stara Łubianka, Wałcz, Piła, no i oczywiście Chodzież. Cały czas trwają rozmowy na temat wieszania ich w Poznaniu.

 

{gallery}nigdzie_jak{/gallery}